- Niech w Polsce zacznie się coś w końcu zmieniać. Ambasada w
Dublinie przygotowała zaledwie 2 pokoje i 10 osób do kontroli dokumentów na 14 tysięcy zarejestrowanych wyborców. Skandal! Stałam 3,5 godziny w kolejce na kilometr! - napisała Polka, której nie zabrakło determinacji, by zagłosować. Wojtek Malinowski donosił z kolejki w Dublinie: Na kartce z informacją o wyborach wiszącą na drzewie, ktoś - mniej więcej w połowie kolejki - napisał markerem: "Nie poddawaj się. Jeszcze 2h"
Na bałagan i zaskakujące nieprzygotowanie komisji wyborczych, pomimo wiedzy o liczbie zarejestrowanych do głosowania, narzekali Polacy w
Paryżu, Manchesterze,
Berlinie,
Kolonii,
Monachium,
Edynburgui
Londynie.Ciasne lokale wyborcze, za mało osób do obsługi: - Nie spodziewaliśmy się, że aż tyle nas przybędzie. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby wszyscy zarejestrowani w angielskim home office wybrali się też na wybory - pisał wczoraj Paweł L. z Manchesteru.
Kasia i Maciej Dokurno ponad dwie godziny marzli na pięciostopniowym mrozie przed konsulatem w Edynburgu: - Mimo to w kolejce panowała doskonała atmosfera i wszystkim dopisywały humory.
Humor nie dopisywał tym wszystkim, którzy pomimo, że zarejestrowali się przez internet, dostali potwierdzenie tego faktu, nie znaleźli się na listach wyborczych. Kuba, który jechał aż 300 km
z Walencji do Barcelony by zagłosować - odjechał z niczym. Takie przypadki zdarzały się niemal we wszystkich komisjach za granicą. - Odebrano nam jedno z podstawowych praw obywatelskich -
skarżyli się Polacy.
Polskie ambasady i konsulaty były wczoraj oblegane na
całym świecie. Głosowaliście w Bangkoku, Reykiaviku, Porto Alegre, Casablance, Dubaju, Kosowie, Meksyku, Singapurze. I słaliście nam stamtąd swoje zdjęcia i relacje. Pełne entuzjazmu i wiary, że możecie wpłynąć na to, co dzieje się w ojczyźnie. Takiej mobilizacji nie widzieliśmy chyba nigdy. Wielkie dzięki.
To jak, wracacie?